ROZDZIAŁ CZWARTY

Ruscy agenci

 

 

„Niebo jak len, słońce jak sen

Oto rysunek malucha

I kilka słów, literek rząd

Nieśmiało wciska się w kąt

 

Zawsze niech będzie słońce!

Zawsze niech będzie niebo!

Zawsze niech będzie mama!

Zawsze niech będę ja!

 

Druhu mój, znasz ludzi i czas

Oni tak pragną pokoju

Chociaż od trosk srebrzy się włos

Serce powtarza na głos

 

Zawsze niech będzie słońce!

Zawsze niech będzie niebo!

Zawsze niech będzie mama!

Zawsze niech będę ja!”

 

Polskojęzyczna wersja piosenki

„Pust vsegda budet solnce” Lwa Oszanina[55]

 

 

A więc uciekliśmy. Poprowadziła nas muza, której imię brzmi Młodość. Uczyniliśmy to mimo świadomości, że świat, który nas otacza, ma tyle wspólnego z prawdą, co średniowieczne opowieści o Psiogłowcach[56]. Mimo wiedzy, że spóźnialski profesor jednak dotarł na uczelnię i że będziemy mieli przechlapane, gdy obudzimy się w Realnym Świecie. Mimo ryzyka, że może nas spotkać coś złego, bo przecież jesteśmy przestępcami, którzy wyrwali się spod kontroli i połknęli czerwoną pigułkę. Ale mieliśmy to wszystko w nosie. Przede wszystkim, mieliśmy w nosie ideologię żałoby, opartą na opłakiwaniu zmarnowanych lat życia i zamartwianiu się o przyszłość naszej planety. Pamiętaliśmy o tym, że w Syjonie panuje bieda, większość ludzkości to uśpione bateryjki, a mątwy (mimo oficjalnego rozejmu) nadal stanowią zagrożenie dla poduszkowców. I co? I nic. Daliśmy dyla z zajęć, a gdy dotarliśmy do centrum miasta, podzieliliśmy się na małe grupki i rozeszliśmy we wszystkich kierunkach.

 

Diana, ja i pozostałe dziewczyny z pokoju 112 poszłyśmy na pierogi. Wyobraźcie sobie, jaki to skandal: pójść na pierogi, gdy się wie o tych wszystkich okropnościach związanych z Matrixem i Realnym Światem! To trochę tak jak w pewnym starym dowcipie… Żona budzi męża w środku nocy. Rozespany mąż pyta: “Co się stało?”, a żona krzyczy do niego z wyrzutem: “Jak możesz spać spokojnie, skoro tak mało zarabiasz?!”. No właśnie. Jak można wejść do pierogarni, usiąść przy drewnianym stoliku i zamówić sobie porcję pierogów, kiedy tysiące Syjonitów drżą ze strachu przed Trzecią Wojną z Maszynami i dyskutują o przyszłości naturalnie urodzonych ludzi, których zostało już mniej niż dwieście tysięcy (ostatni atak machin i niż demograficzny zrobiły swoje)[57]?! Wstyd, hańba i zdrada stanu! No, naprawdę, jakim trzeba być nołlajfem, żeby sobie siedzieć w wygodnym fotelu, z wtyczką wsadzoną do głowy i z wizją tłustych pierogów leżących na talerzu?! Neo i Trinity przewracają się w grobie.

 

- Co by zrobiła Czarna Kaśka - zwróciłam się do moich koleżanek - gdyby się dowiedziała, że zamiast przebywać w opuszczonym budynku Wydziału Ekonomicznego i słuchać wykładu o koncepcjach Kartezjusza, wtryniamy miękkie, zmielone mięsko otulone białym, jedwabiście gładkim, zgrabnie ulepionym ciastem[58]?

 

- Pewnie by powiedziała: “Udławcie się tym” - odparła Danka, a Pola i Ksenia zachichotały. - Ona wchodzi do Matrixa tylko po to, żeby z nim walczyć. Nie byłaby w stanie pojąć, że niektórzy ludzie chcą po prostu dobrze się w nim bawić.

 

- Wiesz, Aniu? - zagadnęła mnie nagle Pola. - Na początku myślałam, że faktycznie jesteś jakąś kolaborantką, gotową poświęcić prawdę i wolność w imię osobistego komfortu. Teraz, po tych czterech nudnych miesiącach spędzonych na Alethei, widzę, że racja leży po twojej stronie. W Matriksie spędziliśmy większość życia. My: uczestnicy tego głupiego projektu Dedalusa. Zostawiliśmy tu rodzinę, przyjaciół i wiele niezamkniętych spraw. Wolno nam tutaj wracać. I naprawdę nie ma nic zdrożnego w godzeniu jednej egzystencji z drugą.

 

- Nasze życie, nasz problem! - wykrzyknęłam wojowniczo, unosząc zaciśniętą pięść. - Jesteśmy u siebie i mamy swoje prawa! 

 

- Aniu! Ciszej trochę! - syknęła Diana, rozglądając się z przerażeniem wokół siebie. - Nie jesteśmy same!

 

- Fakt, zapomniałam - przyznałam przepraszająco, lekko się rumieniąc. - Chciałam tylko powiedzieć, że mamy prawo do swobodnego przemieszczania się, nawet, jeśli w tym przypadku “przemieszczanie się” oznacza zmianę stanu świadomości. Poza tym, profesor Dedalus wcale nie mówił, że nasza podróż do Realnego Świata będzie podróżą w jedną stronę. Opuszczając Matrix, byłam przekonana, że w każdej chwili będę mogła do niego wrócić. Jeśli opiekunka roku, wykładowcy i załoga statku nadal będą nam odmawiać podłączania do systemu, uznam, że zostaliśmy oszukani i zażądam odszkodowania.

 

- Popieram Anię! - oświadczyła zdecydowanym tonem Ksenia. - Gdy widzę, jak się nas traktuje… jak się nas izoluje od rzeczywistości, w której się wychowaliśmy… odnoszę wrażenie, że zostaliśmy zrobieni w bambuko. Mnie nie obchodzą żadne filozofie ani ideologie. Mam swoje życie i nikt nie ma prawa mi go ograniczać. OK, poznałam prawdę, zobaczyłam realność. I co teraz? Jestem już umarła dla świata? Dla tego świata, którego mogłam nigdy nie opuścić? Nikt mnie nie pytał, czy chcę na zawsze porzucić swoje dotychczasowe zajęcia i znajomości…

 

Po zjedzeniu pierogów i zapłaceniu rachunku Danka, Pola i Ksenia wybrały się do galerii handlowej, a Diana i ja pojechałyśmy autobusem do ogrodu botanicznego. Jadąc pojazdem, łapczywie pochłaniałam wszelkie widoki rozpościerające za oknem. Ilekroć machina zatrzymywała się na przystanku, miałam ochotę wysiąść, żeby znaleźć się bliżej tego, co akurat przykuło moją uwagę. Sztuczny krajobraz rodem z awangardowej poezji dwudziestolecia międzywojennego… Miasto, masa i maszyna… Przypominał mi się Syjon, ale tutaj było po stokroć lepiej ze względu na naturalne oświetlenie, świeże powietrze i liściaste drzewa. Kiedy ludzie nauczą się wreszcie doceniać światło, ciepło, tlen i rośliny? Gdy bezpowrotnie je stracą? W Realnym Świecie ludzkość doprowadziła do zniszczenia przyrody, a sama - wskutek rozpętanej przez siebie wojny - musiała zamieszkać w olbrzymim, podziemnym bunkrze. Czy w Matriksie też kiedyś dojdzie do Apokalipsy? Czy zniknie fauna i flora?

 

Jest to całkiem możliwe, albowiem rzeczywistość matrixowa opiera się na świecie sprzed dwustu lat. To, co widać w cyberprzestrzeni, wygląda tak jak to, co było widać dwa wieki temu w Realu. Czy w Matriksie historia potoczy się tak jak w pierwowzorze? Czy Architekt - domniemany ojciec Matrixa - skopiował nie tylko estetykę, ale również trajektorię Realnego Świata? Jeśli istnieje przeznaczenie, to czy w obu rzeczywistościach jest ono takie samo? Prawdę mówiąc, nie chcę sobie zaprzątać głowy takimi abstrakcjami. Gdybym chciała, poszłabym na Matrixologię. Tymczasem wybrałam Matrix Studies: naukę nastawioną na badanie tego, jaki jest Matrix i jego mieszkańcy. Nie interesują mnie trudne do udowodnienia prawidłowości rządzące wirtualnym światem. Interesuje mnie, dokąd idzie ta grupa pięciolatków prowadzona przez pyzatą przedszkolankę. Interesuje mnie, kto i dlaczego namalował Sknerusa na bocznej ścianie kiosku. Interesuje mnie, kto robi zakupy w dużym sklepie z gitarami elektrycznymi na wystawie…

 

- Diano - rzekłam do mojej przyjaciółki, kiedy już wysiadłyśmy na przystanku nieopodal ogrodu botanicznego. - Czy nie ogarnia cię przerażenie, gdy myślisz o tym, że ludzie w Syjonie nigdy nie widzieli błękitnego nieboskłonu? Że wielu z nich może nawet nie wiedzieć, że kiedyś w Realnym Świecie istniały białe chmurki? Dla nich kompletną fantastyką jest to, co dla nas stanowi rozkoszną normalność: puszyste obłoki przypominające jagnięta na niebieskim pastwisku. Teraz już wiem, dlaczego owieczki są kojarzone z Bogiem i chrześcijaństwem…[59]

 

-  Ty też nigdy nie widziałaś chmur ani nieba - zauważyła Diana. - Matrix to złudzenie. Twoje oczy są zamknięte, a to, co teraz obserwujesz, jest marą wywołaną przez impulsy dostarczane do twojego mózgu. To niebo… Te chmury… One nie istnieją. 

 

- No i co z tego? - zapytałam zaczepnie. - Chiński czerwony smok z długimi, cienkimi wąsami też nie istnieje, a jednak ujrzałam go kiedyś w telewizji. Naprawdę go zobaczyłam, chociaż wcale go tam nie było: ani w elektronicznym pudle, ani w ogóle w rzeczywistości. Widziałam czerwonego smoka, którego nie było, a jego widok wywołał we mnie określoną reakcję. Chociaż smok był tylko iluzją, spotkanie z nim stało się częścią mojej biografii. I tak samo jest ze wszystkim, co widzę i przeżywam w Matriksie. Niby są to rzeczy nieprawdziwe, a jednak mogę je wspominać i opowiadać. Mogę je umieścić na kartach swojej autobiografii. Zresztą, tego telewizyjnego smoka również spotkałam w Matriksie. Majak w majaku, miraż w mirażu. Wiesz, co jeszcze mogę dopisać do listy swoich przygód i doświadczeń? To, co przeżywam w swojej wyobraźni, gdy fantazjuję na jawie. A także to, co nawiedza moją głowę, kiedy śpię w domu studenckim lub na pokładzie Alethei. To wszystko… to jest jedno i to samo. Owszem, są pewne zewnętrzne różnice. Ale na najbardziej fundamentalnym poziomie jest to dokładnie to samo.

 

Tego, jak wyglądał ogród botaniczny, nie będę szczegółowo opisywać, gdyż takiego piękna nie da się wyrazić słowami. Trzeba to po prostu zobaczyć: jeśli nie na żywo, to na obrazie lub fotografii. Żeby wejść do środka, trzeba było przejść przez wielką, żelazną bramę, taką jak w powieści “Tajemniczy Ogród” Frances Hogdson Burnett[60]. Ale o ile ogród z angielskiej książki był zapuszczony, o tyle ten “nasz” był zadbany i profesjonalnie urządzony. Ogród zajmował ogromną połać ziemi. Jego mnogie alejki, prowadzące w różnych kierunkach i krzyżujące się ze sobą w wielu miejscach, stwarzały możliwość odbycia licznych, niepowtarzalnych spacerów. Ileż tam było kwiatów: polskich i niepolskich! Ileż tam było krzewów: ukwieconych i nieukwieconych! Ile gatunków drzew… Ile zwinnych zwierzątek… Roślinom (które przypominały eksponaty w muzeum) towarzyszyły tabliczki informacyjne, altany, ławki, oczka wodne, fontanny, mostki, płotki, głazy, bramy-łuki i pojedyncze rzeźby. Za te wszystkie cuda odpowiadał Zielony Kod. 

 

- Uważam, że informatyka powinna zostać uznana za dziedzinę sztuki - odezwałam się do Diany, gdy już odzyskałam mowę, którą chwilowo odebrało mi urzeczenie. - A Matrix, rozumiany jako pewna całość, powinien zostać wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Nie da się zaprzeczyć jego czarowności. To, do jakich celów jest wykorzystywany, to już sprawa drugorzędna.

 

- W sumie, masz rację - przyznała moja przyjaciółka. - Dzieło sztuki to dzieło sztuki. Można je powiesić w pałacu złego władcy, można je wyśmiać i skrytykować, można je umieścić na indeksie tworów zakazanych. Ale ono wszystko zniesie, gdyż obroni się samo.

 

- Dokładnie tak - przytaknęłam. - Jeśli chodzi o fałszywość tego ogrodu, w ogóle mi ona nie przeszkadza. Treść malowidła, przedstawiającego chimerę lub satyra, także jest nieprawdziwa. I co? I nic. Fikcja nie umniejsza artyzmu, tylko go zwiększa. Klasyczne baśnie straciłyby na wartości, gdyby zostały ogołocone z elementów fantastycznych. Owszem, stałyby się bardziej prawdziwe, ale nie byłyby już takimi arcydziełami.   

  

  Nagle ogarnęła mnie melancholia. Zastanowiłam się, co będzie, jeśli Matrix faktycznie podzieli los Realnego Świata. Dwieście lat temu w Realu było tak jak teraz w Matriksie. Ten ogród botaniczny, którego symulację dzisiaj podziwiamy, również mógł istnieć naprawdę. Pomyślałam o ludziach, którzy żyli w tamtych czasach. Uczyli się, pracowali, odpoczywali. Zajmowali się mnóstwem codziennych i niecodziennych czynności. Myśleli, że ten stan będzie trwał wiecznie. Że są nieśmiertelni: oni i ich najbliżsi. Że świat zawsze będzie tak piękny… tak banalny i przewidywalny w swojej urokliwości. Pory dnia, pory roku, łąki, pola, lasy i wrzosowiska miały przetrwać aż do końca planety Ziemi. A potem przyszła ta straszliwa wojna. Wybuchła bomba atomowa, potem następna i następna… Maszynom nie wyrządzało to szkody, ale ludziom tak. Wrogowie ludzkości korzystali z energii słonecznej. Nasz gatunek zdecydował, że zasnuje niebo czarnym dymem, żeby zadać maszynom ostateczny cios[61].

 

Niestety, to też nie pomogło, a decyzja była nieodwracalna. Nikt już nigdy nie zobaczył nieba ani słońca. Wszyscy musieli się pożegnać z jutrzenką. Musieli także zapomnieć o tej oślepiającej, czerwonej kuli, która (otoczona barwą różową, fioletową i pomarańczową) każdego wieczoru zanurzała się w morzu. Wiele roślin - także tych dających pożywienie - wyginęło bezpowrotnie. Zrobiło się zimno, bardzo zimno. Wskutek działań zbrojnych zginęły miliony… miliardy ludzi. Niektórzy polegli od razu, inni konali w długich męczarniach. Byli też tacy, którzy doświadczyli czegoś gorszego od śmierci: wiecznej rozłąki z ukochanymi osobami. Wielu małżonków straciło swoją “drugą połówkę”. Mnóstwo dzieci zostało osieroconych. Ci, którzy ocaleli… a była ich garstka… musieli zamieszkać w podziemnym mieście. Potomkowie tych ludzi nie mieli już szansy poznać normalnego życia. Niektórzy z nich nigdy nawet nie opuścili Syjonu. Czy Matrix - rekonstrukcja świata sprzed dwustu lat - skończy w identyczny sposób?

 

Popatrzyłam na prześliczne kwiaty, które mnie otaczały. Spojrzałam na fikuśną, drewnianą altankę stojącą naprzeciwko Diany i mnie. Wsłuchałam się w śpiew ptaków. Wspomniałam swoją rodzinę, a zwłaszcza rodziców, których ostatnio widziałam ponad cztery miesiące temu (oni nie wiedzą, co się ze mną stało. Nie są też wtajemniczeni w sprawy Matrixa i Realnego Świata. Wyobrażam sobie ich ból, bo ja również usycham z tęsknoty). Był koniec marca, ale słoneczko świeciło jak na przełomie maja i czerwca. Niebo przybrało przecudny odcień niebieskości. Wirtualny świat odurzał swoim pięknem, ale robił to z wyjątkową niewinnością i delikatnością.

 

Nie wiem, co wtedy we mnie wstąpiło. Zadarłam głowę, rozpostarłam ramiona niczym orle skrzydła i zaczęłam śpiewać pełnym głosem:

 

 

“Zawsze niech będzie słońce!

Zawsze niech będzie niebo!

Zawsze niech będzie mama!

Zawsze niech będę ja!”

 

 

W pierwszej chwili Diana popatrzyła na mnie jak na wariatkę, ale potem się roześmiała i przyłączyła do wykonywania kultowej, radzieckiej piosenki. Najpierw zaśpiewałyśmy po polsku, a następnie po rosyjsku:

 

 

“Pust wsjegda budiet sołnce!

Pust wsjegda budiet niebo!

Pust wsjegda budiet mama!

Pust wsjegda budu ja!”[62]

 

 

Inni goście ogrodu botanicznego byli zdumieni naszym zachowaniem, jednak nie upominali nas, tylko uśmiechali się pod nosem i ukradkowo zerkali w naszą stronę. Znać było, że postrzegają nas jako dziwne, acz pocieszne istoty. Nasza wesołość, śpiewny nastrój i perliste śmiechy idealnie pasowały do otoczenia.

 

Również nasz wygląd doskonale wkomponowywał się w atmosferę i stylistykę tego miejsca. Diana miała na sobie elegancką, bladoniebieską bluzkę z uroczymi falbankami i koronkami. Nosiła również ładne, ciemnoniebieskie spodnie i granatowe buty na płaskim obcasie. Jej długie, gęste, kręcone, czarne włosy zdobiła szafirowa opaska. Dziewczyna miała ponadto długie, zadbane, równo opiłowane paznokcie pomalowane na szafirowo. Co do mnie, miałam na sobie skromną, jasnozieloną bluzkę, do której przyczepiony był płaski, okrągły znaczek z napisem “Jestem nołlajfem”. Byłam też ubrana w lekką, zwiewną, ciemnozieloną spódnicę do połowy łydki, białe rajstopy i ciemnozielone buty na płaskiej podeszwie. Moje długie, rude włosy były zaplecione z tyłu głowy w warkocz i związane grubą, kosmatą, trawiastozieloną gumką. Paznokcie miałam krótkie i pomalowane na kolor pistacjowy. Na moim przegubie widniał nieduży, pistacjowy zegarek elektroniczny. Każda z nas nosiła na ramieniu uczelnianą torbę.

 

Gdy już znudziło nam się śpiewanie dziecięcej piosenki, przez chwilę rozważałyśmy, co dalej robić: kontynuować spacer po ogrodzie czy skierować się do wyjścia i pojechać w inne miejsce. Do następnych zajęć zostały nam tylko dwie godziny, a opuszczony budynek Wydziału Ekonomicznego UHS znajdował się dość daleko. Naszą debatę przerwał hałas dochodzący z altany. Natychmiast zwróciłyśmy wzrok w tamtą stronę. Drzwi altany otworzyły się na oścież i wtedy… blady strach zmroził nam krew w żyłach. Z drewnianej budowli wyszły trzy osoby - dwaj panowie i jedna pani - które spokojnym, acz śmiałym krokiem zaczęły zmierzać w naszą stronę. Wszystkie postaci były odziane bardzo formalnie, ale jakoś tajemniczo i groźnie. Przybysze mieli na sobie ciemne garnitury (kobieta - garsonkę), starannie zawiązane krawaty, białe koszule i czarne okulary przeciwsłoneczne. Każdy z przybyłych posiadał również broń palną, a w uchu - niewielką, białą słuchawkę z zakręconym kabelkiem.

 

Najbardziej przerażające były twarze tych indywiduów: zimne, surowe i bezwzględne. Wszyscy wyglądali jak ludzie z krwi i kości, ale w ich twarzach było coś nieludzkiego. Coś złowrogiego i sadystycznego. Jeden z mężczyzn, widocznie szef grupy, wysunął się na czoło trzyosobowego pochodu, stanął naprzeciwko nas i obdarzył nas sztucznym, wymuszonym, pozbawionym radości uśmiechem. Kobieta i drugi mężczyzna zatrzymali się kilka kroków za nim, ale każde z nich wzięło do ręki pistolet, jakby chciało zademonstrować gotowość użycia przemocy. Nieznajomi patrzyli na nas w milczeniu, a my stałyśmy bez ruchu, zatrwożone i zdezorientowane. Paraliżował nas strach połączony ze świadomością własnej bezbronności. Oni byli wielcy, pewni siebie, uzbrojeni i nieobliczalni. My byłyśmy małe, słabe, roztrzęsione i kompletnie bezradne. Scenka ta trwała bardzo krótko… może kilka sekund… ale wydawała nam się wiecznością. Nie wiem, jak Diana, ale ja długo nie zapomnę tej traumy.

 

- Witam, drogie panie! - przemówił z udawaną uprzejmością agent, którego zidentyfikowałam jako dowódcę oddziału. - Miłe spotkanie, i to w wyjątkowo pięknych okolicznościach. Chciałbym, jeśli to nie problem, krótko z paniami porozmawiać. Mam do pań kilka pytań, ale ze względu na ich charakter jestem zmuszony zabrać panie w bezpieczne miejsce. Będą panie uprzejme pójść razem z nami. Nie ma się czego bać, my nikogo nie gryziemy, a jeśli trafiamy na bystre i rozsądne jednostki, współpraca z nimi układa nam się znakomicie.

 

- Dlaczego udaje pan człowieka, a jest pan programem komputerowym[63]? - zapytałam, żeby przerwać tę niepotrzebną grę pozorów. Dobrze wiedziałam, że on wie, iż ja wiem o jego prawdziwej tożsamości i skrywanych zamiarach. 

 

- Nigdy nie wiesz, kto czai się w altance - zadrwił mój rozmówca i zarechotał demonicznie.

 

- Nie wiem? - odpowiedziałam pytaniem. - Ależ wiem, coście za jedni. Pan jest programem komputerowym. Pański kumpel jest programem komputerowym. I ta pani w garsonce też jest programem komputerowym.

 

- Programką komputerową - poprawiła agentka, potwierdzając tym samym, że zawarte w mojej wypowiedzi założenie jest słuszne.

 

 - Dość tego, pani Firlej - oświadczył stanowczo herszt bandy, sięgając po broń i celując w moją stronę. Jego podwładni również we mnie wycelowali. - Pani, wraz z panią Bendyk, pójdzie z nami.

 

- Skoro już mam z państwem iść - zaczęłam, doszedłszy do wniosku, że w tej sytuacji jednak warto grać na czas - to niech przynajmniej się państwo przedstawią, bo nie wiem, jak się do państwa zwracać.

 

- Smirnow - przedstawił się dowódca agentów.

 

- Sołowjow - zdradził swoje nazwisko drugi mężczyzna.

 

- Sorokina - zaprezentowała się programka komputerowa.

 

- Ruscy agenci? - spytałam z nieukrywanym zaskoczeniem. - A to ciekawe.

 

Diana spojrzała na mnie z wyrzutem.

 

- Widzisz, co narobiłaś?! - wykrzyknęła. - Wymyśliłaś śpiewanie rosyjskiej piosenki, więc maszyny pomyślały, że jesteśmy Rosjankami i nasłały na nas ruskich agentów!

 

- Diewuszka![64] - zawołał lodowatym tonem Smirnow, kierując pistolet w stronę Diany. Pozostali natychmiast go spapugowali. - Ja nie spraszywał twojewo mnienija[65]!

 

Nie wiedziałam, co robić. Bardzo nie chciałam, żeby nas zgarnęli, bo to oznaczałoby śmierć lub coś jeszcze gorszego. Postanowiłam dalej przedłużać sprawę, przynajmniej do czasu, gdy zmieni się sytuacja albo przyjdzie mi do głowy lepszy pomysł.

 

Na szczęście, ta frustrująca chwila nie trwała długo.

 

- Moje studentki pan niepokoi?! - usłyszałam za swoimi plecami znajomy, kobiecy głos wypełniony złością i oburzeniem.

 

Diana i ja odwróciłyśmy się i zobaczyliśmy Czarną Kaśkę w towarzystwie Jupitera i Avi. Opiekunka roku, stojąca na czele grupy, miała zacięty wyraz twarzy, a w dłoni trzymała broń wycelowaną prosto w agentów. Reszta również była uzbrojona i gotowa do ataku.

 

- Dziewczęta, odsuńcie się! - rozkazał Jupiter, a ja i moja przyjaciółka zeszłyśmy z drogi, oddając “scenę” naszym obrońcom i napastnikom.

 

Uzmysłowiłam sobie, że po raz pierwszy w życiu widzę Jupitera i Avi w wersji matrixowej. On był postawnym mężczyzną ubranym w kolorystyce czarnej i ciemnobrązowej. Ona - zgrabną, smukłą kobietą odzianą w całości na biało. Wypada odnotować, że cała drużyna (tzn. Catherine, Jupiter i Avi) nosiła czarne okulary przeciwsłoneczne. 

 

- Moich studentek nikt nie będzie zaczepiał! - stwierdziła ostrym tonem Catherine i bez ostrzeżenia wystrzeliła z pistoletu.

 

Diana i ja pobiegłyśmy jeszcze dalej. Schowałyśmy się za olbrzymim, niewiarygodnie grubym bukiem. To właśnie zza tego drzewa obserwowałyśmy rozwój wypadków (jeśli chodzi o torby, zdjęłyśmy je z ramion i położyłyśmy obok siebie. Miałyśmy świadomość, że jeśli będziemy musiały walczyć lub uciekać, bagaże będą dla nas zbędnym obciążeniem. Poza tym, wiedziałyśmy z własnego doświadczenia, że praktycznie każdą torbę można wyciąć z Matrixa i wkleić do programu Konstrukt. Merkuriusz, nasz Anioł Informatyki, jest mistrzem takich operacji).

 

Agenci okazali się szybsi od wystrzelonej kuli. Sołowjow odskoczył w lewo, Sorokina - w prawo, a Smirnow - do góry. Ten ostatni wylądował na dachu altany i zaczął strzelać do Catherine, która z jednej strony świadomie go prowokowała, a z drugiej - umiejętnie unikała kul. Avi dopadła Sorokinę, która po skoku straciła równowagę, upadła na grządkę z tulipanami i przez chwilę była oszołomiona. Zastępczyni kapitana Alethei kopnęła agentkę w rękę, przez co ta wypuściła z dłoni pistolet. Kobieta chwyciła broń i zaczęła strzelać do przeciwniczki z dwóch pistoletów. Programka komputerowa została podziurawiona, ale nie wyrządziło jej to większej krzywdy. Gdy się podniosła, jej wirtualne ciało się zrosło. Avi próbowała strzelać dalej, jednak w obu pistoletach skończyła się amunicja. Rzuciła więc broń na ziemię i przystąpiła do walki wręcz. Mniej więcej w tym samym czasie skończyła się amunicja Jupiterowi i Sołowjowowi, którzy wcześniej ganiali się nawzajem, chcąc zastrzelić jeden drugiego.

 

Czarna Kaśka bezskutecznie starała się trafić stojącego na altanie Smirnowa. W końcu straciła wszystkie naboje, a on nadal tam stał, śmiejąc się diabolicznie i usiłując zabić kobietę. Jupiter i Sołowjow - w ferworze bójki połączonej ze skokami i bieganiną - znaleźli się dość daleko od reszty. W pewnym momencie kapitan Alethei kopnął agenta tak mocno, że poleciał on do tyłu i wpadł do niewielkiego oczka wodnego. Oczko okazało się dość głębokie, a Sołowjow nie umiał pływać, więc został tymczasowo wyeliminowany z walki.

 

- Ja was najdu! Ja was unićtożu[66]! - ryczał agent, szamocząc się w wodzie.

 

- Nie budtie tak uwierieny[67]! - zripostował Jupiter.

 

- Ja budu was iskat po wsjej Matricy[68]! - wygrażał się dalej tonący.

 

Avi wciąż zmagała się z Sorokiną. Nagle agentka wyrwała z ziemi wysoką tabliczkę zawierającą nazwę którejś z roślin. Oderwała od tabliczki informacyjny prostokąt, zostawiając sam metalowy trzon. Avi zareagowała analogicznym zachowaniem. Wyrwała inną tabliczkę, oderwała część informacyjną i zatrzymała żelazny drąg. Kobieta i programka komputerowa zaczęły się pojedynkować, wykorzystując pręty w taki sposób, jakby to były kije do karate. Trzeba przyznać, że wydarzenia, które śledziłam zza wielkiego buku, były fascynujące. Równie fascynująca była sceneria, w której to wszystko się rozgrywało. Podczas zadymy ulegało zniszczeniu wiele kwiatów. Gwałtowne ruchy powodowały, że raz po raz unosiły się w powietrze barwne płatki lub ich kawałki. Różowe, czerwone, żółte, pomarańczowe, białe, niebieskie, fioletowe… Te zachwycające twory natury były później porywane przez wiosenny wiatr. Kolorowa zamieć, widok rodem z japońskich filmów animowanych.

 

Wróćmy jednak do samej awantury. Catherine nie traciła z oczu Smirnowa, który nadal miał naładowany pistolet i stanowił zagrożenie dla wszystkich ludzi w tej części ogrodu botanicznego. Kobieta starała się skupić całą jego uwagę na sobie.

 

- Strieljaj! Ubiwaj[69]! - krzyczała do niego prowokacyjnie, a gdy mężczyzna strzelał, błyskawicznie odskakiwała w bok.

 

Jupiter inteligentnie wykorzystał fakt, że Smirnow skoncentrował się wyłącznie na strzelaniu do Czarnej Kaśki. Powoli, niepostrzeżenie stanął za altanką, a potem wskoczył na dach i zrzucił z niego agenta. Program komputerowy - spadając z drewnianej budowli - wypuścił z dłoni pistolet. Broń palna trafiła w ręce Catherine. Kapitan naszego statku zeskoczył z altany, rzucił się na leżącego Smirnowa i zaczął go bić. Avi i Sorokina kontynuowały pojedynek na trzony od tabliczek, a Sołowjow jeszcze nie wydostał się z oczka wodnego. Czarna Kaśka chwilowo była wolna.

 

- Za mną! - wrzasnęła do mnie i mojej przyjaciółki. Opiekunka roku zaczęła iść szybkim krokiem przed siebie, a my podążyłyśmy za nią.

 

Catherine, Diana i ja zostawiłyśmy w tyle dwie walczące pary i topiącego się Sołowjowa. Początkowo nie wiedziałam, dokąd zmierzamy, ale po chwili zrozumiałam, że w stronę wysokiego, masywnego, kamiennego ogrodzenia. Czarna Kaśka zatrzymała się na moment. My też przystanęłyśmy.

 

- Widzą panie to ogrodzenie? - spytała retorycznie kobieta, a my skinęłyśmy głowami. - Podbiegniemy do niego, a gdy powiem: “Hop!”, przeskoczymy na drugą stronę. Czy to jest jasne?

 

- Tak - odpowiedziałam.

 

- Tak - potwierdziła Diana.

 

- Zatem biegniemy - zarządziła opiekunka roku. - Raz… dwa… trzy!

 

Zaczęłyśmy biec ile sił w nogach. Gnałyśmy naprawdę szybko. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek - w czasach mojego nieświadomego życia w Matriksie - potrafiła mknąć z taką prędkością. Wątpię również, że potrafiłabym tak zasuwać w Realnym Świecie. Kamienne ogrodzenie było coraz bliżej. Istniało ryzyko, że jeśli coś nam nie wyjdzie, to po prostu się rozbijemy i skończymy jako trzy czerwone plamy. Nie było jednak czasu na snucie takich makabrycznych wizji.

 

- Hop! - krzyknęła w odpowiednim momencie Catherine.

 

- Jak Wałęsa[70]! - zawołałam w ramach komentarza.

 

Oderwałyśmy się od ziemi i wykonałyśmy wspaniały (nienaturalnie wysoki i nienaturalnie daleki) skok. Do takich skoków są zdolni wyłącznie świadomi użytkownicy Matrixa, którzy wiedzą, że otaczający ich świat jest czymś umownym i że można naginać obowiązujące w nim reguły. Ten skok uratował nam życie, ponieważ oddzielił nas od trojga agentów.

 

Niestety, miał też swoją cenę. Cenę, która - w moim odczuciu - była dość wysoka. Leciało mi się świetnie, ale tylko od momentu odbicia do osiągnięcia punktu szczytowego. Po drugiej stronie muru, gdy zaczęłam stopniowo opadać, ruch powietrza uniósł mi spódnicę, odsłaniając moje trawiastozielone majtki. Nieświadomi mieszkańcy Matrixa, którzy to widzieli (starsza pani z pieskiem na smyczy, młode małżeństwo z bliźniętami w wózku i samotny student z słuchawkami w uszach) mieli kino za darmo. No, naprawdę! Powrót Marilyn Monroe[71]! Cała scena musiała wyglądać arcymalowniczo, tym bardziej, że miałam ręce wyciągnięte na wzór litery “Y“ i jedną nogę lekko podkurczoną! Założę się, że jeśli moje wspomnienia zostaną kiedyś zekranizowane, to fragment z zadartą spódnicą zostanie mocno wyeksponowany. Spodziewam się zwolnionego tempa i odpowiedniej oprawy dźwiękowej. Dziewczyny, dam wam dobrą radę: nigdy nie zapominajcie, że strój musi być odpowiedni do sytuacji!

 

Czarna Kaśka wylądowała z perfekcyjnym telemarkiem, a Diana i ja - dość pokracznie. Wyprostowałyśmy się i stałyśmy przez moment w milczeniu. Rozejrzałam się wokół siebie. Znajdowałyśmy się po drugiej stronie ogrodu botanicznego, bardzo daleko od bramy głównej i przystanku autobusowego. Stałyśmy na chodniku, a obok nas rozciągała się średnio ruchliwa ulica. Po przeciwnej stronie jezdni wznosił się morelowy budynek opatrzony szyldem “Zakład Doskonalenia Zawodowego”. Na dachu tegoż budynku siedziało kilka gołębi, które zajmowały się swoimi sprawami, zupełnie nie zwracając uwagi na ludzi. Temperatura powietrza nadal była wysoka, kolor nieba wciąż zachwycał swoim odcieniem. Obok budynku ZDZ-u spostrzegłam kilka krzewów forsycji, których kwiaty żółciły się beztrosko, dodając uroku temu nudnemu miejscu. Wszystko wydawało się takie spokojne. Wirtualny świat sprawiał wrażenie, jakby nie przejmował się ludzkimi zmartwieniami ani swoją własną fałszywością.

 

Przypomniał mi się fragment jednej z książek Lucy Maud Montgomery, mówiący o tym, że niezależnie od tego, co się wydarzy, słońce i tak “wstanie i zajdzie”[72]. Chciałabym wierzyć w prawdziwość tych słów. Dla kogoś, kto był w Realnym Świecie, takie stwierdzenia wcale nie są oczywiste. Nieświadomi użytkownicy Matrixa nie mają jeszcze powodu, żeby się martwić brakiem wschodów i zachodów słońca. Ale, jak już ustaliliśmy, w przyszłości wszystko może się zmienić. Parafrazując fragment wiersza Jana Twardowskiego: “Śpieszmy się kochać to, co mamy. Tak szybko to tracimy”[73]. Miłujmy życie, zdrowie, ludzi, zwierzęta, rośliny, krajobrazy i dziedzictwo kulturowe, albowiem jutro możemy zostać ograbieni z tych skarbów. Każdy, kto został odłączony od Matrixa, wie, jak to jest, gdy się traci cały świat i całą stabilną egzystencję. Jedna z najgorszych rzeczy, jakie mogą nas spotkać, to niemożność odzyskania tego, co zostało nam odebrane. Dlatego tak się złościłam, że nie mogę wrócić do Matrixa.

 

- Powinna była pani wybrać niebieską pigułkę - odezwała się Catherine. Przemówiła do mnie inaczej niż zwykle. W jej głosie nie było słychać gniewu, zbulwersowania, ironii ani przekąsu. Dało się za to wyczuć pewien smutek.

 

- Nie, pani doktor - odparłam zdecydowanym tonem i spojrzałam na nią wyzywająco. - To pani powinna była wybrać niebieską pigułkę. Wie pani, dlaczego? Bo to pani cierpi z powodu znajomości prawdy. To pani ma problem z tą świadomością. A mnie zdobyta wiedza w niczym nie przeszkadza: ani w cieszeniu się życiem, ani w poszukiwaniu wrażeń, ani w miłowaniu piękna. Uważa pani, że jestem słaba psychicznie? Nie, pani doktor. To pani jest słaba. To pani nie może sobie poradzić ze znajomością prawdziwego oblicza rzeczywistości. Jeśli istnieje osoba, której niebieska pigułka mogłaby pomóc, to jest nią właśnie pani. 

 

Byłam przekonana, że Czarna Kaśka zmarszczy brwi, rzuci jakąś ciętą ripostę, zagrozi mi wydaleniem z uniwersytetu albo po prostu mnie wyśmieje. Jednak nic takiego się nie stało. Kobieta stała przez moment w zamyśleniu, a potem westchnęła:

 

- To moja wina.

 

- Co takiego? - zapytałam, nie rozumiejąc, co moja rozmówczyni ma na myśli.

 

- Ta sprawa z agentami - wyjaśniła opiekunka roku. - To wyłącznie moja wina. To ja naraziłam panią i innych studentów na niebezpieczeństwo. Zapomniałam, jak to jest, gdy się ma dziewiętnaście-dwadzieścia lat i oczy nieprzyzwyczajone do oglądania Realnego Świata. Gdy sobie o tym przypomniałam, było już za późno.

 

- Lepiej późno niż wcale - zauważyłam.

 

- Zmuszałam państwa do przebywania w miejscu, które jest mniej atrakcyjne od tego, do którego się państwo przyzwyczaili - ciągnęła ponuro Catherine. - Nie zaproponowałam państwu żadnej ciekawej alternatywy dla dotychczasowych pasji i rozrywek. Bagatelizowałam państwa rozterki, zwalczałam samodzielne myślenie. Nie chciałam państwa podłączać nie tylko do Matrixa, ale również do bezpiecznych programów stworzonych przez ludzi. Po co te programy istnieją? Po to, żeby się kurzyły na półce, czy po to, żeby ludzie z nich korzystali? Proszę nie odpowiadać, pytam retorycznie. Trzymałam państwa pod kloszem… jak ptaki w klatce. Trwało to bardzo długo: kilka miesięcy. Pani i cztery inne dziewczęta rozpoczęły studia na kierunku Matrix Studies. Czworo innych studentów zdecydowało się na Matrixologię. A ja uparcie kontynuowałam swoją politykę. Kiedy wy, dziewczyny z Matrix Studies, usłyszałyście na uczelni, że tym razem zajęcia odbędą się w Matriksie, rzuciłyście się na fotele jak głodne psy na ochłap mięsa. Gdy, już w wirtualnej rzeczywistości, jeden z wykładowców zaczął się spóźniać, z radością przyjęłyście perspektywę “okienka”. Tak długo nie było was w elektronicznym świecie, że teraz po prostu chciałyście się nim nacieszyć. Ta irracjonalna potrzeba okazała się silniejsza od zdrowego rozsądku. Po opuszczeniu budynku Wydziału Ekonomicznego UHS znalazłyście się w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia. Czyja to wina? Wasza? Nie, moja. Bo to ja doprowadziłam was do tego desperackiego kroku. Gdyby agenci zrobili wam coś złego, odpowiedzialność za tę tragedię spoczywałaby na mnie, a wyrzuty sumienia nie pozwoliłyby mi normalnie funkcjonować. Popełniłam błąd. Wyrządziłam wam krzywdę. Przepraszam i proszę o przebaczenie!

 

 

* * *

 

 

Spóźnialski profesor, z zajęć którego uciekliśmy, nie potraktował nas jakoś szczególnie ostro. Nie prawił nam kazań, nie posądził nas o zdradę ludzkiej rasy. Wpisał nam jednak nieobecności i zakomunikował, że będziemy musieli samodzielnie nadrobić materiał oraz przygotować referaty związane z zaległym tematem. Ci, którzy się obawiali, że sprawa ucieczki trafi do dziekana lub rektora, mogli odetchnąć z ulgą. Nic takiego się nie wydarzyło. W trakcie niedzielnych ćwiczeń z psychologii społecznej odwiedził nas jednak opiekun rocznika (przypominam: rok i rocznik to dwie zupełnie różne rzeczy!) i oficjalnie skrytykował nasze “nieodpowiedzialne zachowanie w wirtualnej rzeczywistości”. Ostrzegł nas również, że następnym razem zostaniemy potraktowani mniej pobłażliwie. Opiekun rocznika (czy wspominałam, że jego imię lub pseudonim brzmi Zip?) wypowiedział także sporo krytycznych słów pod moim adresem, ponieważ to właśnie ja byłam pomysłodawczynią całego wybryku.

 

Jak on się dowiedział, że pomysł ucieczki wyszedł ode mnie? I skąd mógł wiedzieć, że słyszeliśmy kroki zbliżającego się wykładowcy? Czyżby ktoś z naszej grupy okazał się donosicielem? Nic z tych rzeczy. Zip wyjaśnił, że ustalił te fakty razem z uczelnianym operatorem mającym dostęp do zapisów komputerowych. Z analizy Zielonego Kodu jednoznacznie wynikało, że słowa “Robimy listę i idziemy” wypowiedziała Anna Firlej. Opiekun rocznika powiedział nam również kilka zdań na temat rozchodzenia się dźwięku w Matriksie i w Realnym Świecie. Oświecił nas, że jeśli weźmiemy pod uwagę odpowiednie dane (np. odległości) i dokonamy stosownych obliczeń, uzyskamy wynik sugerujący, że musieliśmy słyszeć kroki nadchodzącego profesora. Rozbawiła mnie ta jego drobiazgowość. Powiedziałam mu otwarcie, że sprawa dotyczy bandy dzieciaków, które uciekły z wykładu, a wydruki komputerowe są badane z taką skrupulatnością, jakby to były czarne skrzynki z rozbitego samolotu.

 

A co z Czarną Kaśką i resztą moich “poduszkowcowych domowników”? Zaraz po tym, jak Catherine pokajała się przede mną za swoje niewybaczalne błędy, zadałam jej pytanie: “A po co my tu stoimy?”. Kobieta odpowiedziała, że czekamy na Juwenalisa, który odnalazł Polę, Ksenię i Dankę i który zaraz przywiezie je tutaj samochodem. Chwilę później nadjechało eleganckie, czarne auto z przyciemnionymi szybami. Przez drzwi kierowcy wyszedł doktor habilitowany (kolejny człowiek, którego wcześniej znałam tylko w wersji realnoświatowej!). Przez drzwi pasażerów - moje trzy koleżanki z Matrix Studies. My wszyscy (tzn. cała siódemka) przeszliśmy na drugą stronę ulicy, włamaliśmy się do budynku Zakładu Doskonalenia Zawodowego i poszliśmy do sekretariatu, w którym dryndał telefon stacjonarny. Wiedzieliśmy, że dzwoni Merkuriusz, nasz Anioł Informatyki, chcący nas wylogować z Matrixa. Każdy z nas przykładał słuchawkę do ucha, znikał z wirtualnej rzeczywistości i budził się w Realnym Świecie.

 

Po opisanej w tym rozdziale przygodzie (z ruskimi agentami w roli głównej) na Alethei dużo się zmieniło. Nie chodzi mi tutaj o aspekt materialny, tylko o atmosferę i relacje międzyludzkie. Ale o tym opowiem innym razem.

 

 

CIĄG DALSZY NASTĄPI

 

 

 

******************************

PRZYPISY (numeracja ciągła)

******************************

 

 

[55] Polski tekst utworu zaczerpnęłam ze strony:

http://www.karolinkaprzedszkole.pl/grupy/piosenki/

 

[56] Zaintrygowanych odsyłam do publikacji “Św. Krzysztof i psiogłowcy” przygotowanej przez autora podpisującego się jako Georgi Gruew (http://arthistery.blogspot.com/2010/10/sw-krzysztof-i-psiogowcy.html).

 

[57] Akcja “Matrixa: Księgi Nołlajfów. Ani z Zielonego Kodu” rozgrywa się kilkanaście lat po wydarzeniach przedstawionych w “Matriksie. Reaktywacji” i “Matriksie. Rewolucjach”. Ilu naturalnie urodzonych ludzi żyło w Syjonie przed wojną będącą tematem tych dwóch filmów? Niestety, nie posiadam takiej informacji. Wiem jednak, że wszystkich (rodowitych i napływowych) mieszkańców Syjonu było przed inwazją maszyn 250 tysięcy. Można to wywnioskować z jednego z polilogów zawartych w “Reaktywacji”: “- Ćwierć miliona Strażników? - Tak. - Niemożliwe. - Czemu? - Po jednym na każdego mieszkańca Zionu”. Słowa te sugerują, że liczba ludności Syjonu wynosiła wówczas 250 tysięcy. Trzeba przyznać, że było to tragicznie mało jak na ostatnią ludzką osadę. Dla porównania, Gdynia ma 248726 mieszkańców, Częstochowa - 234472, a Białystok - 294921 (dane z 2012 roku. Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Miasta_w_Polsce_%28statystyki%29). W świecie z “Księgi Nołlajfów” drastycznie zmniejsza się liczba naturalnie urodzonych Syjonitów, a zwiększa liczba imigrantów z Matrixa (ludzi sztucznie produkowanych przez wrogów i odróżniających się wizualnie od rdzennej ludności miasta). Do tego wątku jeszcze kiedyś powrócę. 

 

[58] Motyw opychania się pierogami należy traktować jako aluzję do sceny z pierwszej części “Matrixa”, w której Cypher - zbrodniarz, sprzedawczyk i matrixofil - filozofuje nad porcją befsztyku. Scena ta była zresztą omawiana w trzecim rozdziale niniejszego fan fiction. W interesującym nas fragmencie “Matrixa” Cypher mówi do agenta Smitha: “Niesamowite. Wiem, że ten befsztyk nie istnieje. I wiem, że gdy włożę go do ust, Matrix powie mojemu mózgowi, że jest soczysty i pyszny. Wie pan, co stwierdzam po dziewięciu latach? Niewiedza to błogosławieństwo”. Przypomnę, że w trzecim rozdziale “Księgi Nołlajfów” znalazły się także nawiązania do popularnego, internetowego filmiku “Janusz Korwin-Mikke masakruje młodego lewaka” (patrz: przypisy 44 i 45). Tak się składa, że w tym materiale video padają słowa: “Celem życia nie jest przeżycie. (…) Ludzie mają swoje cele, mają swoje ambicje, mają swoje ideały i za to walczą i umierają. A pan chce tylko żyć. Niech pan sobie żre i żyje dalej. (…) Ja nie jestem wyprowadzony z równowagi, proszę pana, tylko usiłowałem podkreślić dobitnie, że mnie brzydzą tego typu poglądy, że najważniejsze jest się dobrze nażreć”. Aluzje literackie do wypowiedzi Janusza Korwin-Mikkego pojawiły się w kontekście krytyki użytkowników Matrixa. Zatem motyw pierogów należy również wiązać z motywem rurkowców. 

 

[59] Wywód Ani Firlej o niebie i chmurach stanowi nawiązanie do wywodu Ani Shirley o przylaszczkach: “— Tak mi żal ludzi mieszkających w krajach, gdzie nie ma przylaszczek! — mówiła Ania. — Diana twierdzi, iż ludzie ci posiadają zapewne coś innego, ale czyż może istnieć coś piękniejszego od przylaszczek? Jak Maryla sądzi? Chyba nie! Diana mówi, że jeśli nie znają przylaszczek, to nie mogą tęsknić za nimi. Ale mnie to właśnie wydaje się najsmutniejsze. Uważam, że byłoby wprost tragiczne nie znać ich i nie tęsknić do nich! Czy Maryla wie, jak ja sobie wyobrażam, czym są przylaszczki? Sądzę, że muszą to być duszyczki tych kwiatów, które zwiędły poprzedniego lata i tutaj znalazły swój raj”. Źródło: L.M. Montgomery, “Ania z Zielonego Wzgórza”, tłum. R. Bernsteinowa. 

 

[60] Cytat dotyczący bramy ogrodu: “Mary wsunęła ręce pod liście i poczęła je rozgarniać na boki. Gęsto wiszący bluszcz tworzył jakby luźną, powiewną zasłonę, chociaż część gałęzi pięła się na drzewo i po żelazie. Serce dziewczynki poczęło bić jak młotem, a ręce drżeć ze szczęścia i podniecenia. A rudzik śpiewał i ćwierkał dalej, tak przechylając główkę, jakby i on czuł się podniecony. Mary poczuła pod ręką kwadratowy, żelazny zamek z otworem na klucz”. Źródło: F.H. Burnett, “Tajemniczy Ogród”, tłum. J. Włodarkiewiczowa (cyt. za: http://pl.wikiquote.org/wiki/Tajemniczy_ogr%C3%B3d).

 

[61] Zob. również: rozdział trzeci (wypowiedź doktora Romulusa na temat upadku ludzkiej cywilizacji) i przypis 49 (odwołanie do serii “Animatrix” i dwóch stron internetowych). 

 

[62] Polska transkrypcja opracowana na podstawie tekstu rosyjskiego dostępnego na stronie: http://www.mamalisa.com/?t=es&p=2485&c=157

 

[63] Aluzja literacka do słynnego pytania zadanego Donaldowi Tuskowi przez gorzowską licealistkę Marię Sokołowską. Oto, jak Sokołowska zrelacjonowała swoje wystąpienie w wywiadzie dla TVP Gorzów Wielkopolski: “Zapytałam pana Donalda Tuska, dlaczego udaje takiego patriotę, a jest zdrajcą Polski. I odpowiedział mi, że mam poczucie humoru, a pani, która była koło niego, się zaśmiała. Jak widać, dziwny z niego człowiek” (http://www.youtube.com/watch?v=hFoIfqF9dHI).

 

[64] Ros. “Dziewczyno!” lub “Panienko!”.

 

[65] Ros. “Nie pytałem cię o zdanie!”. 

 

[66] Ros. “Znajdę pana! Zniszczę pana!”.

 

[67] Ros. “Niech pan nie będzie taki pewny!”.

 

[68] Ros. “Będę pana szukać po całym Matriksie!”.

 

[69] Ros. “Strzelaj! Zabijaj!”.

 

[70] Legenda głosi, że podczas strajku w Stoczni Gdańskiej (1980 r.) Lech Wałęsa dokonał spektakularnego skoku przez ogrodzenie. Problem w tym, że inni uczestnicy protestu nie mogą sobie tego przypomnieć. Relacje samego Wałęsy również są nieścisłe. Nie wiadomo nawet, czy przywódca “Solidarności” przeskoczył przez mur czy przez płot. W artykule “Mityczny skok Lecha Wałęsy” możemy przeczytać: “Historycy od lat głowią się gdzie i jak Lech Wałęsa dostał się do stoczni. (…) W jednym z hipotetycznych miejsc skoku jest okolicznościowa tablica. Tylko ceglany mur ma tam aż 3,5 metra wysokości. - Ale jak udowadniają uprawiający parcour, czyli skoki po dachach, murach i ścianach dla osób nie trenujących byłoby to bardzo ciężkie” (http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/mityczny-skok-lecha-walesy,142933.html). Dodajmy, że - według twórcy publikacji “Niscy rządzą w polityce” - słynny przywódca “Solidarności” ma tylko 169 cm wzrostu (http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/galeria/374558,6,niscy-w-polityce.html).

 

[71] Nawiązanie do filmu “Słomiany wdowiec” (“The Sever Year Itch”) z 1955 roku, w którym “nagły podmuch powietrza z klatki wentylacyjnej metra podwiewa białą suknię pięknej blondynki i odsłania jej uda. Kobieta, kokieteryjnie się uśmiechając, próbuje zapanować nad fruwającym materiałem. Postać grana przez Marilyn Monroe (…) nie miała nawet imienia i była w scenariuszu określana po prostu jako ‘Dziewczyna‘. Jednak strój, którą miała na sobie przeszedł do historii” (http://kobieta.gazeta.pl/kobieta/1,107881,9813754,Sukienka_Marilyn_Monroe_sprzedana_za_4_6_mln_dolarow.html).

 

[72] Chodzi tutaj o ostatni akapit listu Ani Shirley do Diany Barry: “Ach, Diano, gdybyż tylko ten egzamin z geometrii już minął! Pani Linde powiedziałaby, że słońce wstanie i zajdzie bez względu na to, czy przepadnę z geometrii, czy też nie. Jest to prawda, ale niestety, wcale nie pocieszająca. Ja wolałabym, by raczej nie wstało, gdybym się ścięła!” (L.M. Montgomery, “Ania z Zielonego Wzgórza”, tłum. R. Bernsteinowa).

 

[73] Oryginalny cytat: “Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą”. Pełna treść wiersza znajduje się na stronie: http://www.fuw.edu.pl/~jziel/spieszmy.html

 

 




Dodaj do:


Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto


Odpowiedzi moga dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto


Nie ma jeszcze komentarzy - wyraź swoją opinię jako pierwszy